4 sierpnia 2008

Pan od angielskiego zabiera się za historię...

...czyli kilka pytań o zawodowy profesjonalizm. Czy aby na pewno listy najstarszych dowcipów świata powinni przygotowywać wykładowcy literatury i czy jest to historia, czy może medialna papka?

Dwa dni temu agencje informacyjne podały, że zespół brytyjskich naukowców stworzył listę dziesięciu najstarszych dowcipów świata. Temat wydał nam się w redakcji Histmaga na tyle interesujący, że poświęciłem kilka minut na znalezienie i przetłumaczenie pełnego zestawienia. Szybko okazało się, że nie był to głupi pomysł. Opublikowany przez nas spis przeczytało do tej chwili ponad 10 000 osób, myślę więc, że warto poświęcić mu odrobinę uwagi.

„Top 10” najstarszych dowcipów w historii zamówił brytyjski kanał telewizyjny „Dave”. Jest to lekki program, w całości poświęcony satyrze i humorowi. Telewizja potrzebowała do tego trudnego zadania grupy profesjonalistów. Udało jej się pozyskać zespół naukowców z Uniwersytetu w Wolverhampton. Niech zgadnę – podobnie jak ja po raz pierwszy słyszycie o takiej uczelni? W zasadzie nic dziwnego.

Wprawdzie w Wolverhampton studiuje sporo Polaków, ale sam uniwersytet powstał zaledwie kilka lat temu i nie jest najwyżej oceniany. W rankingu przygotowanym przez „The Guardian” znalazł się dopiero na 111 ze 120 pozycji. Z kolei według „The Timesa” jest to drugi najgorszy uniwersytet na Wyspach (112 ze 113 ujętych w zestawieniu).

Oczywiście, można powiedzieć, że to o niczym nie świadczy.

Pan od angielskiego historykiem

Poszukiwaniami najstarszych dowcipów zajął się zespół z Paulem McDonaldem na czele. Na stronach brytyjskiej telewizji nazwano go „specjalistą od dowcipów”. I w zasadzie dziennikarze „Dave” nie kłamali. Po prostu zapomnieli wspomnieć, że McDonald nie jest historykiem. To wykładowca literatury amerykańskiej, zajmujący się w Wolverhampton przede wszystkim prowadzeniem warsztatów pisarskich. W swoim dorobku nie ma ani jednej pracy poświęconej historii. Skupia się raczej na „american studies” i analizach współczesnego, żydowskiego humoru. Niestety, po przeczytaniu listy najstarszych dowcipów widać, że raczej nie przygotowali jej prawdziwi eksperci.

Ten zbiór dowcipów nie zawiera w gruncie rzeczy żadnych „nowości”. Większość pojawiających się w nim pozycji jest od dawna znana i nawet w Polsce dostępna w formie książkowej (np. ostatnie dwie w zbiorze „Philogelos albo Śmieszek. Z facecji Hieroklesa i Philagriosa”, Wrocław 1986).

Drobne braki, drobne błędy...
Pół biedy, że nie ma tu nowości. Już na pierwszy rzut oka widać, że przyjęto dość niejasne kryteria doboru, skoro np. odarta z wszelkich znamion śmieszności zagadka sfinksa z „Króla Edypa” została uznana przez dra McDonalda za żart. Wydaje się, że także wzmianka o „dwóch miesiącach wertowania annałów historii” to pewne nieporozumienie. Gdyby zespół McDonalda rzeczywiście spędził tyle czasu nad historią humoru, efekty byłyby chyba znacznie lepsze. Tymczasem naukowcy z Wolverhampton zakwalifikowali jako dowcip np. słowa przypisywane Oktawianowi Augustowi, ale już nie setki podobnych dowcipów, które można znaleźć w rzymskiej literaturze. Jeśli Oktawian żartował, to czy nie robił tego samego np. Wespazjan, nakazując opodatkowanie latryn i mówiąc, że przecież „pecunia non olet” („pieniądze nie śmierdzą”)? Tak samo brakuje wielu „dowcipów” przewijających się przez bajki Ezopa, staroegipskie papirusy, ściany kamiennych grobowców nad Nilem czy mezopotamską mitologię.



Podsumowując, lista jest niewątpliwie ciekawostką, ale niczym więcej. Na pewno nie nazwałbym jej pracą naukową. Nawet powtarzany po całym internecie najstarszy dowcip świata zapewne wcale nie ma 3900 lat (jak podają wszystkie portale i blogi). Podobnie jak w przypadku innych źródeł z tego okresu, datacja jest niepewna, więc może jest to 3900 lat, może 3800 albo 3600.... No ale to przecież szczegół.

Nasuwa się kilka pytań. Czy poważni naukowcy aby na pewno powinni zajmować się tworzeniem zestawień dla telewizji? A jeśli tak, to czy nie powinni tego robić prawdziwi eksperci? I czy w ten sposób wykonana lista na pewno pomaga w popularyzacji historii?

PS. Tę notkę można też przeczytać na Histmagu, gdzie serdecznie zapraszam.
PS2. Tak, wiem, że trochę zaniedbałem bloga. Postaram się to nadrobić w najbliższym czasie. Liczę, że wyjechaliście na wakacje i nikt nic nie zauważył ;-)
Czytaj dalej!

18 lipca 2008

Drobne zmiany w planie...

Sesja się skończyła, aktualizacje miały być częściej, a wyszło ja wyszło... Przyznam, że szczerze planowałem wrzucać notki przynajmniej co drugi dzień. Szczególnie, że ostatnio coraz częściej komentujecie, więc człowiekowi aż chce się coś skrobnąć, żeby później mieć okazję podyskutować.

Niestety aż tak dobrze nie będzie. Dostałem kilka dni temu propozycję, by zostać redaktorem naczelnym sporego portalu tematycznego i... trudno było odmówić. Szczególnie, że mam dość pracoholiczną naturę, a redagowanie, pisane i publikowanie tekstów po prostu sprawia mi frajdę.

W efekcie od 3 dni siedzę niemal non stop nad stroną histmag.org. Jeśli brakuje wam pożywki do dyskusji, to zapraszam właśnie tam. Przynajmniej raz na kilka dni będą się na Histmagu ukazywać moje artykuły lub felietony. Oczywiście, z prowadzenia Bigosu nie planuję rezygnować. Przeciwnie - myślę, że po krótkim spowolnieniu związanym z nową pracą, aktualizacje wrócą do w miarę częstej normy.

Na koniec wspomnę, że kilka dni temu umarł człowiek, którego bardzo ceniłem za jego dorobek naukowy. W mediach przypomina się przede wszystkim jego zasługi dla polityki, dlatego pozwoliłem sobie napisać krótki artykuł profesorze Geremku jako historyku.
Czytaj dalej!

8 lipca 2008

Kim jest Carlos Latuff?

Gabinet owalny, wielkie biurko, w tle gospodarz. Siedzi pochylony, w dłoni kurczowo trzyma słuchawkę telefonu. Kadencja powoli dobiega końca, ale "dokumenty" na biurku rozwiewają wątpliwości - udało się zrobić bardzo wiele! Oczywiście, sporo spraw zostało do załatwienia, a czas ucieka... Twarz prezydenta pozostaje w cieniu. Nic dziwnego. Oto co tak naprawdę skrywa:

Myślicie, że to jakiś żart? Skąd. Istnieje człowiek, który święcie wierzy, że George Bush jest antychrystem, a zachodni kapitalizm i międzynarodowe żydostwo rządzą światem, oślepionym przez mamonę. Człowiek, który na dodatek staje się powoli ikoną internetu i trafia do kolejnych gazet i magazynów na całym świecie.

Chcecie wiedzieć kto w taki sposób świętuje kolejne rocznice wybuchu wojny w Iraku?


Ma 35 lat i mieszka w Rio de Janeiro. O sobie wypowiada się rzadko, ale nie kryje swojego nazwiska - Carlos Latuff. Wielką popularność zyskał po tym, jak zaczął prowadzić fotobloga poświęconego wojnie w Iraku. Od przeszło 3 lat regularnie umieszcza na nim ilustracje takie jak ta:


Lub ta:

Niektóre śmieszą, inne niekoniecznie:

Drugim ulubionym tematem Latuffa jest Palestyna. Konflikt izraelsko-palestyński w jego oczach jest bardzo prosty. Tylko jedna strona jest wina, a jedna pokrzywdzona. A wszystko odbywa się pod kuratelą krwiożerczych Stanów Zjednoczonych.

Na tym aktywność brazylijskiego rysownika się nie kończy. Niestrudzenie publikuje karykatury na przeróżne tematy, w których przewijają się wciąż te same motywy, sprawcy i ofiary. Na czele stoi "wielki szatan" George Bush, wraz z panią Rice okłamujący naiwny naród. Na jego usługach, niczym na smyczy chadzają izraelscy politycy.

Pierwszy raz o Latuffie zrobiło się głośno w 2006 roku, kiedy wystartował (i zajął II miejsce) w organizowanym przez władze Iranu konkursie na komiks poświęcony holocaustowi. Narysował Palestyńczyka za kratami Auschwitz. Zresztą, Latuff z zamiłowaniem pokazuje, że Żydom tak naprawdę chodzi o powtórzenie Holocaustu na Palestyńczykach. Albo raczej: że prawdziwy Holocaust dokonuje się dopiero teraz, w Palestynie. Pamiętacie słynne słowa Kennediego "Jestem Berlińczykiem"? Dla Latuffa wszystkie ofiary świata, od Tybetu po RPA są Palestyńczykami.

Obecnie interesują się nim nie tylko media w różnych krajach, ale także Departament Obrony Stanów Zjednoczonych, wywiad Izraela, żydowskie organizacje walczące przeciwko zniesławieniu. Sam od kilku tygodni z wielkim zainteresowaniem przeglądam prace tego, trzeba przyznać niezwykłego rysownika.

Dlaczego niezwykłego? Podobne karykatury powstawały przed II wojną światową, ale jakby nie przystają do dzisiejszego świata. Tymczasem Latuff z uporem maniaka wypuszcza ich setki, tak jakby temu właśnie poświęcił swoje życie. Zadziwia mnie jego determinacja. W większości jego poglądy wydają mi się absurdalne i szkodliwe. Wychwala terroryzm, propaguje nienawiść, odnosi się do najniższych, najrymitywniejszych instynktów. Ale jednak: daje do myślenia. I chyba dlatego warto przyglądnąć się temu... fenomenowi.

Zainteresowani? Jest w czym przebierać - dwa archiwa Latuffa na deviantart.com zawierają ponad 500 ilustracji.
Czytaj dalej!

3 lipca 2008

Szewczyk Dratewka i dinozaury pożerające dziewice

Dzisiaj będzie o smokach. Pamiętacie jeszcze z dzieciństwa bajkę o Dratewce? Jak to dzielny szewczyk uratował Kraków nękany przez złowieszczą, ziejącą ogniem bestię? Siłą nie był w stanie, więc użył nasz Dratewka podstępu: wypchał owcę siarką i podrzucił smokowi. Ten wziął kęsa, drugiego i.... kaaabum! Siarka zrobiła swoje, a Dratewka dostał pół królestwa, księżniczkę, czy co tam jeszcze chciał.

Ilustracja z "Nowych Aten" Benedykta Chmielowskiego

Jak widzicie, w opowiadaniu bajek nie jestem najlepszy. Niewątpliwie sprawniej szło to autorom... Starego Testamentu.

Rzućmy okiem do Księgi Daniela 14:23-28 (Biblia Warszawsko-Praska):

"Był w Babilonie wielki smok, któremu oddawano cześć.(24) Powiedział król do Daniela: Czy i o nim powiesz, że jest zrobiony z brązu? Popatrz, przecież on i je, i pije. Nie możesz powiedzieć, że to nie jest bóg żyjący. Zechciej mu więc oddać cześć.(25) Daniel odpowiedział: Ja czczę tylko Pana, Boga mojego. Tylko On jest Bogiem żyjącym. Jeśli mi pozwolisz, królu, zabiję tego smoka nie posługując się ani mieczem, ani nawet zwykłą pałką.(26) I zgodził się król.(27) Wziął tedy Daniel smoły, łoju, włosia, kazał wszystko ugotować, zrobił z tego placki, które wrzucił w paszczę smoka. Smok połknąwszy wszystko rozpękł się na dwoje. A Daniel powiedział: Oto zobaczcie teraz, komu cześć oddajecie!(28) Kiedy Babilończycy dowiedzieli się o tym, rozgniewali się bardzo i buntując się przeciwko królowi, mówili: Nasz król stał się Żydem."

Historia wygląda wręcz uderzająco podobnie. Babilończyków również nęka smok, tyle że był to smok pogaństwa. Daniel podstępem, niemal identycznym jak w bajce o Dratewce, zabija smoka i uwalnia Babilon od fałszywego bożka. Oczywiście samych Babilończyków niezbyt to ucieszyło, ale to już inna sprawa. W końcu w bajce o Dratewce król też raczej nie radował się na myśl o oddaniu jakiemuś obdartusowi z nizin społecznych połowy królestwa i córki.

Wróćmy ad rem. Obydwie opowieści są na tyle podobne, że można mieć w zasadzie pewność, że pierwsza pochodzi od drugiej. Nie bezpośrednio, bo Dratewka, miał w rzeczywistości na imię Grakh i pojawił się w legendzie przytoczonej na przełomie XI i XII wieku przez kronikarza Wincentego Kadłubka. Czy Kadłubek sam odnalazł ten motyw w Biblii, czy powtórzył zasłyszaną, a opartą na Księdze Daniela bajkę, to już inna sprawa.

Podobnych baśni zaczerpniętych ze świętych ksiąg, a następnie odartych z sakralnego charakteru można by przytoczyć dziesiątki. Bogowie zmieniają się w rycerzy, prorocy w szewczyków. W efekcie nawet ateiści "cytują" swoim dzieciom starotestamentowe przypowieści....

Swoją drogą smoki, to chyba jeden z najciekawszych tworów ludzkiej wyobraźni. Nigdy nie istniały, a jednak przeniknęły do większości kultur świata, zyskując sobie w niemal każdej z nich dominującą pozycję. Chińczycy do dziś "czczą" smoki, na średniowiecznych herbach i chorągwiach najczęściej (obok orła i lwa) pojawiał się właśnie smok, a Benedykt Chmielowski, autor "Nowych Aten", jeszcze w XVIII wieku święcie wierzył, że smoka można spotkać choćby w Polsce.

Wydaje się, że w wyobraźni np. ludzi średniowiecza smok był równie powszednim i realnym zwierzęciem jak chociażby niedźwiedź, lis czy królik. Pomysłów na wyjaśnienie, skąd fikcyjne stworzenie uzyskało taką pozycję są dziesiątki. Mi osobiście najbardziej przypadło do gustu wyjaśnienie Mariana Plezi. Jego zdaniem smok wawelski mógł "powstać" po tym, jak w grotach pod Wawelem znaleziono jakieś prehistoryczne szczątki. Ludzie średniowiecza na widok kości dinozaura przyrównali je do znanych im skądinąd legend i stwierdzili, że to MUSIAŁ być smok. Bo jeśli nie smok, to co innego?

Herb Klagenfurtu

Dla porównania w Klagenfurcie (tam, gdzie niedawno było parę meczy) również wierzono w legendę o smoku, który nawet trafił na miejski herb. W XIV wieku opowieść zyskała potwierdzenie, po tym jak odnaleziono pod miastem okazałą czaszkę... nosorożca. Do dzisiaj zresztą przechowywaną w miejscowym muzeum.

Oczywiście stwierdzenie, że szczątki dinozaurów i innych zwierząt doprowadziły do powstania smoków byłoby sporym uproszczeniem. Wydaje mi się jednak, że to właśnie dzięki tym kościom ludzie dawali wiarę niedorzecznym opowieściom o gigantycznych bestiach ziejących ogniem.

Niby dinozaury wyginęły 70 milionów lat temu, a jaki wielki miały wpływ na historię ludzkiej mentalności. Zadziwiające prawda?

PS. Jak chcecie poczytać więcej o smokach to bardzo polecam: "Lingua Symbolica" Tomasza Panfila.
Czytaj dalej!

23 czerwca 2008

Benedyktyńskie buraczki, czyli do czego mnich XXI wieku ma prawo

Zawsze miałem w sobie pewien podziw dla życia klasztornego. Wprawdzie jestem niewierzący, ale imponowało mi (i wciąż imponuje) jak można poświęcić całe życie na modlitwę i refleksję teologiczną. Pół biedy, jeśli robi się to w "luźniejszych" zakonach, gdzie można pracować z ludźmi, pisać książki i występować w telewizji. Najbardziej imponowali mi benedyktyni. Surowe reguły, absolutne podporządkowanie opatowi, śluby ubóstwa i posłuszeństwa, a do tego ciężka praca i zakaz posiadania czegokolwiek na własność. Tak jest w teorii. Niestety praktyka w Polsce wygląda kompletnie inaczej.

Do Polski benedyktyni wrócili tuż przed II wojną światową i wciąż stanowią raczej małą grupę duchownych. Posiadają trzy domy klasztorne, najważniejszy w Tyńcu. Klasztor ten przed wojną stał w ruinie i właściwie dopiero teraz wraca do dawnej świetności. Jego remont ma się zakończyć w przyszłym miesiącu, więc chyba tym bardziej warto napisać o nim kilka słów. Klasztor miałem okazji oglądać w ubiegłym roku, gdy w dużej części był jeszcze placem budowy, a po raz kolejny tydzień temu. Już za pierwszym razem wydawało mi się, że "coś jest nie tak". W ostatnią niedzielę natomiast, rozwiały się chyba wszystkie moje złudzenia na temat benedyktyńskiego życia.

Stara fasada Tyńca...

To, że coś jest nie tak widać już na pierwszy rzut oka i to dosłownie. Stojąc na klasztornym majdanie z jednej strony widzimy skromne zabudowania, z zachowaną średniowieczną architekturą, z drugiej natomiast świeżo odbudowany gmach, a w nim wielkie półokrągłe okna, przeszklone ściany, architektoniczne nowinki... Słowem wszystko, tylko nie to, co było tam pierwotnie. Wygląda na to, że Unia Europejska zapłaciła nie tyle za odbudowanie zabytku, co za jego zniszczenie. No ale pół biedy architektura, bo nad tym ja sobie mogę biadać, ale większości pewnie to specjalnie nie zainteresuje. No bo przecież jest nowocześnie... Zresztą, tynieccy benedyktyni w nowoczesnym świecie kapitalizmu XXI wieku czują się jak ryby w wodzie.


...i nowinki architektoniczne.

W nowym gmachu już otwarto restaurację i sklepik "Produkty Benedyktyńskie". Mogłoby się wydawać, że to typowy przykościelny sklepik z dewocjonaliami, ale trudno o większy błąd. Sklep jest częścią sieci, którą założono w 2006 roku i która powoli staje się jednym z głównych graczy na rynku drogiej żywności. Aktualnie do sieci franczyzowej należy 19 sklepów w całej Polsce. W planach jest ponad 100, a nawet wejście na rynki zagraniczne. To nie żadne wiejskie produkty, jak mogłoby się wydawać, ale żywność i alkohole z wysokiej półki w jeszcze wyższej cenie. Wbrew nazwie niewiele wśród nich rzeczywistych "produktów benedyktyńskich". Przejrzałem pobieżnie to co jest dostępne w Tyńcu, odkrywając z zaskoczeniem, że benedyktyńskie buraczki według średniowiecznej receptury zawierają kurkuminę, a przecier siostry Marysi zgodnie z etykietka został wyprodukowany nie przez żadną siostrę, ale Vitapol Sp. z o.o.

Sieć sklepów rzecz jasna nie sprzedaje produktów wytworzonych przez braciszków w Tyńcu. Firmę założyli benedyktyni, a produkcję "benedyktyńskich produktów" zlecili różnym zewnętrznym przedsiębiorstwom. Wyróżniać miałoby je wykonanie według dawnych receptur, ale sam pomysłodawca przedsięwzięcia, ojciec Zygmunt Galoch przyznał: -Starych przepisów zachowało się bardzo niewiele, bo nasza biblioteka spłonęła w XIX wieku. Odtwarzamy przepisy z pamięci.

No i widać to gołym okiem, jeśli na etykietkach można znaleźć np. składniki wynalezione w XIX wieku...

Benedicite miało pierwotnie wspomóc remont opactwa, który unia sfinansowała, ale "tylko" w 80%. Teraz remont zbliża się już do samego końca, ale jakoś nie wydaje mi się, żeby Benedyktyni mieli zwinąć interes. Sami przyznają, że dopiero go rozkręcają: sklepów mają być setki, w każdym większym mieście. Czy to czasem nie stoi w sprzeczności z zasadą ubóstwa, która w swojej regule zapisał św. Benedykt? Ojciec Galoch nie widzi problemu i podkreśla: - jak każde przedsiębiorstwo, jesteśmy nastawieni na zysk. Zresztą sklepy to dopiero początek. Benedyktyni planują otwarcie centrum wypoczynkowo-konferencyjno-hotelowego, utworzenie sieci restauracji, współpracę z hotelami i firmami turystycznymi itd. itd. To wszystko już nie w imię reguły benedyktyńskiej ale nowego hasła, które przytacza ojciec Galoch: "Mamy prawo, z którego korzystamy".

Na stronie internetowej klasztoru ukazał się już "cennik usług" w Benedyktyńskim Instytucie Kultury, który ma zostać otwarty w lipcu. Warsztaty biblijne 180 zł, szkoła człowieczeństwa 250 zł, spotkania medytacyjne 120 zł, rekolekcje z postem 240 zł. Do tego oczywiście opłaty za pobyt.

Nie jestem katolikiem, więc może nie jestem też najlepszą osobą, by oceniać co się dzieje, ale jednak krew się we mnie gotuje.

Krew się we mnie gotuje, kiedy widzę, jak miejsce modlitwy i medytacji zamienia się w hotel i centrum konferencyjne. Kiedy widzę czarne ople i mercedesy z mnichami, zajeżdżające na dziedziniec klasztoru i sklep dla bogaczy otwarty tak w dzień powszedni jak i niedzielę. W końcu, jak widzę, że mnisi, którzy rzekomo poświęcili życie dla Jezusa, całe to życie spędzają na zarabianiu pieniędzy, grubą kasę biorąc nawet za rekolekcje. No ale może to ja pluję na kościół bez żadnego powodu? Raz jeszcze cytując ojca Zygmunta: - Zawsze znajdą się złośliwi, którzy powiedzą, że "czarni" rzucili się na kasę.
Czytaj dalej!

19 czerwca 2008

Jak piersi, to tylko w Europie

Kwiatek kwiatków i dno den w kategorii "historia i antropologia kultury". Nie, ja się wcale nie uwziąłem na TVN, ja wcale nic do nich nie mam. Po prostu redaktorzy Faktów momentami przechodzą samych siebie. Na przykład dzisiaj. Ostatni materiał w programie, znaczy frywolny zapychacz na temat piersi. A w nim następujące stwierdzenie: "Czy dekolt może dodać motywacji? Może, ale tylko w kulturze europejskiej i tylko od jakiś 500 lat". Wypowiedź kompletnie pozbawiona sensu, ale poparta cytatem z pana profesora z jakiejś tam szkoły wyższej. Na litość boską, allahową, adonajową, czy całkiem ateistyczną. Większych bzdur dawno nie słyszałem. Czy zdaniem dziennikarzy i profesora Wojciecha Burszty dopiero renesans wymyślił piersi? Bo na to właśnie wygląda.

Jasne, w średniowieczu piersi raczej nie wypadało pokazywać. W zasadzie niczego nie wypadało pokazywać, po tym jak święty Augustyn i jemu podobni wymusili dość rygorystyczne kanony estetyki. No ale chyba nie odkryję Ameryki, jeśli napiszę, że jednak przed średniowieczem coś było, prawda? W kulturze greckiej bardziej zwracano uwagę na penisy niż piersi, ale już choćby Rzymianie darzyli je sporą uwagą. Podobnie jak przeróżne współczesne im i wcześniejsze ludy. Pamiętacie wielką matkę paleolityczną i jej gigantyczne piersi? Albo podobne w typie baby pruskie czy słowiańskie? Co u nich przede wszystkim eksponowano? No piersi przecież!

Oczywiście kultura się zmienia, ale pewne rzeczy są zapisane w mózgu, a nie w kulturze. Kobiece piersi maja na celu karmienie dzieci, ale też kuszenie samców (znaczy mężczyzn) i zwiększanie satysfakcji seksualnej. I tak było zawsze, więc "motywacyjnej" roli piersi nie mógł wymyślić renesans.


A jeśli ktoś twierdzi, że kultura europejska ma do piersi jakieś szczególne prawa, to chyba nie czytał "Pachnącego Ogrodu", "Kama Sutry" (w znaczeniu hinduskiego traktatu, a nie pornograficznych książeczek, których pełno w księgarniach), ani choćby relacji Pigafetty czy jednego z setek opisów podróży z czasów od średniowiecza po dziś dzień. Śmiałbym przypuścić, że kultury pozaeuropejskie odkryły piersi wcześniej i w znacznie większym stopniu niż Europa. No ale co ja tam wiem.
Czytaj dalej!

18 czerwca 2008

Książka, której nikt nie przeczyta

Kilka tygodni temu postanowiłem, że nie będę pisać o książce IPN-u na temat Wałęsy. W przeciwieństwie do większości polityków i publicystów nie lubię się wypowiadać o książkach, których nie czytałem. Zamierzałem poczekać na premierę, na spokojnie przeczytać pracę panów Cenckiewicza i Gontarczyka i dopiero wtedy ocenić, czy jest to zwykły paszkwil, czy też warto zacząć się zastanawiać nad ciemnymi kartami biografii Lecha Wałęsy. W końcu historia rządzi się pewnymi zasadami, pewną metodologią i da się określić, na ile ustalenia tego czy innego badacza są godne wiary i na ile przyjęta metoda przybliża do prawdy. Okazuje się jednak, że książki nie przeczytam ani ja, ani.... właściwie nikt inny.

Jeszcze do wczoraj mogłem mieć wrażenie, że IPN-owi rzeczywiście chodzi o przedstawienie rzetelnych badań, choć napędzana przez dyrektora Kurtykę (swoją drogą absolwenta naszego instytutu) burza medialna raczej nie nastrajała pozytywnie. IPN odmawiał udostępnienia egzemplarzy recenzenckich, nie opublikował też żadnych fragmentów, w efekcie czego wszyscy dyskutowali o książce której nikt nie znał i którą już na kilka tygodni przed premierą okrzyknięto bestsellerem. Może rzeczywiście stałaby się bestsellerem, gdyby nie to, że zostanie wydana w 2000 egzemplarzy, z których 1800 zostanie rozdane naukowcom, publicystom i politykom. Do sprzedaży trafi tylko 200 egzemplarzy książki. Z tego większość ma być dostępna w oddziałach IPN-u, a tylko śladowe ilości w wybranych księgarniach. Pierwsza refleksja? "Zeszyty studenckie" Instytutu Historii UJ mają porównywalny nakład!

W efekcie właściwie nikt nie będzie mieć okazji poznać podbudowy tez historyków IPN-u, bo np. na cały Kraków przypadnie góra 10 egzemplarzy. I moim zdaniem to właśnie, a nie nawet sama treść książki, najgorzej świadczy o IPN-ie. Bo nagłośniona na cały kraj publikacja, wydana ostatecznie w nakładzie 200 egzemplarzy nie może służyć niczemu innemu jak oczernianiu i wywoływaniu nieopartych na niczym dyskusji.

I pisząc to nie mam na celu bronić Lecha Wałęsy. Może współpracował z SB, a może nie. Na pewno nie tak należało się zabrać za tę sprawę.
Czytaj dalej!

16 czerwca 2008

Zdradzony z klawiaturą...

Jak widać mojej towarzyszce życia przestały wystarczać rozmowy ze mną i postanowiła uzewnętrzniać się publicznie przed milionami potencjalnych czytelników. Innymi słowy: jojczeć na to i owo, czyli robić mniej więcej to co ja tutaj. Tyle tylko, że pewnie z innej perspektywy, bo ja się zajmuję historią, a ona tej dziedziny serdecznie nienawidzi. Zainteresowanych zapraszam na zaprasowana.blox.pl. Ciekawe czy tytuł wziął się od wyprasowanej dla mnie wczoraj koszuli? To chyba nawet dla mnie pozostanie tajemnicą ;-). Tylko pamiętajcie - macie zaglądnąć, przeczytać, a potem wrócić tutaj!
Czytaj dalej!

15 czerwca 2008

Chroni przed burzą, stłuczką i ulewnym deszczem. Co? Krzyż rzecz jasna.

Było ostatnio między innymi o krzyżach. Przy okazji dyskusji na temat tego gdzie i po co te krzyże wiszą przypomniały mi sie dwie ciekawostki. Nie planuję przy ich użyciu tworzyć żadnych naciąganych teorii, ale myślę, że tłumaczą one skąd między innymi bierze się przywiązanie do umieszczania krzyży w szkołach, urzędach, miejscach publicznych itd.

Ciekawostki, jak łatwo zgadnąć, będą historyczne.
Na pierwszy ogień dwa fragmenty z relacji Antoniego Pigafetty, uczestnika wyprawy Ferdynanda Magellana (1519-22). Podróżnicy przebywali akurat na wyspie Mindanao, gdzie świętowali Wielkanoc. Na uroczystości zaproszono miejscowych wodzów (nazywanych przez Pigafettę "królami"). Zostali oni spryskani wodą święconą i wzięli udział we mszy świętej, z której zapewne mało co zrozumieli. Następnie Magellan "polecił przynieść krzyż z koroną cierniową i gwoździami, któremu królowie oddali pełen uszanowania hołd" [1]. Co zaskakujące, Magellan nie wyjawił tubylcom, co naprawdę oznacza symbol chrześcijaństwa.

"Kapitan objaśnił im przez tłumacza (...), że jest to znak cesarza, jego pana i władcy, który poruczył mu zadanie ustawiania krzyża wszędzie, dokąd dotrze, we wszystkich mijanych przezeń miejscach. Dodał też, że pragnie ustawić krzyż w ich kraju i dla ich dobra. Jeśli w przyszłości jakieś hiszpańskie okręty zawiną do tych wysp, to [na] widok krzyża (...) nie uczynią (...) niczego złego mieszkańcom i nie targną się na ich mienie".

Czyżby Magellan bał się wyjawić wodzom, że po kryjomu przenosi na ich wyspę chrześcijaństwo? Dopiero po uzyskaniu zgody na ustawienie krzyża Magellan zapytał w co wierzą tubylcy. Upewnił się, że nie są muzułmanami, po czym:

„Dodał jeszcze (...), że krzyż trzeba ustawić na szczycie najwyższej góry ich krainy, aby mogli go zawsze widzieć i oddawać mu cześć; a jeśli będą tak czynić, to nigdy już grzmoty, pioruny ani burze nie zrobią im żadnej krzywdy .”

Jak widać, kapitan nie próbował w żadnym razie chrzcić tubylców. Przekonał ich natomiast, że daje im potężny amulet, który należy czcić i który chroni przed wszelkimi kaprysami pogody. Następnie Magellan wsiadł na statek i odpłynął. Dziwne? Inny fragment wyjaśnia, że wcale nie.

Na temat jednej z kolejnych wyspy Pigafetta napisał:

"Wznieśliśmy tam krzyż, jako że mieszkańcy [tej wyspy] byli poganami. Gdyby byli Maurami, ustawilibyśmy tam kamienną kolumnę, która mogłaby przetrwać dłużej, ponieważ Maurów znacznie trudniej nawrócić niż pogan."

Jak widać Magellanowi wystarczało samo ustawienie krzyża. Nie próbował chrzcić tubylców - nawracać ich miał już sam krzyż, niezależnie od tego, czy wiedzieli do czego "służy". A jeśli byliby szczególnie oporni (jak muzułmanie) należało ustawić krzyż kamienny - bo taki jest trwalszy, więc skuteczniej nawróci zatwardziałych.

Krzyż ustawiony przez Magellana na jednej z odwiedzonych przez niego wysp. Dzisiaj czczony niemal jak relikwia.

Relacja Pigafetty nie jest w żadnym razie wyjątkowa. Przenieśmy się w czasie o 100 lat. W 1607 roku Anglicy założyli w Ameryce Północnej pierwszą osadę - Jamestown. Osadnicy ustawili na terenach Indian, nad rzeką James (akurat w momencie nadawania jej nazwy) krzyż. Kiedy indiański tłumacz zapytał co to za symbol, kapitan Newport odparł bez wahania, że krzyż symbolizuje przyjaźń między kolonistami i wodzem Indian Powhatanem, a także szacunek, jaki Anglicy okazywali temu władcy [2].

Ponownie nikt nie próbował wyjaśniać tubylcom, co krzyż oznacza. Ważne żeby krzyż stał, bo już to samo w sobie pozwalało rzekomo wpłynąć na pogan. Podobnych przykładów można by podać wiele, choćby z mojej epoki, znaczy średniowiecza. Święci w legendach nawracali przy użyciu krzyża, poskramiali krzyżem smoki, czy inne dzikie bestie. Władcy i misjonarze (ci realni) z kolei często usiłowali nawracać pogan przez samo ustawienie krzyża. Niewykluczone, że tak próbował postąpić święty Wojciech. Ustawił krzyż i bez słowa wyjaśnienia zaczął odprawiać mszę...

Powiecie, że tak było dawniej, że dzisiaj nikt już nie traktuje w ten sposób krzyży? Świadomie pewnie nie. Ale w takim razie dlaczego katolicy przywieszają w samochodach święte obrazki i różańce mające chronić przed wypadkami? Czy to nie jest wiara w działanie krzyża jako swojego rodzaju amuletu?

Na koniec przykład z autopsji. Jestem jak wiecie niewierzący, co niespecjalnie podoba się moim rodzicom. Za każdym razem gdy mnie odwiedzają (mieszkają w innym mieście) mama wiesza na ścianie krzyż i zabrania go ściągać, "bo może to jakoś na mnie wpłynie". Krzyż jakiś czas wisiał i jednak nie wpłynął... Natomiast dzięki niemu uświadomiłem sobie, że od czasów Magellana niewiele się zmieniło.

[1] - A. Pigafetta, Relacja z wyprawy Magellana dookoła świata, przeł. J. Szymanowska, red. i wstęp B. Nowak, Gdańsk 1992, s. 41, 51.
[2] - J. Axtell, After Columbus. Essays in the Ethnohistory of Colonial North America, New York 1988, s. 193 (notka o tej książce tutaj).
Czytaj dalej!

13 czerwca 2008

Radykalizm czy normalność, czyli czy SLD serio wytacza armaty

W polityce tak już jest, że jeśli człowiek nie ma odpowiednio wyrazistego image'u to przepada. Problem ten dopadł ostatnio Grzegorza Napieralskiego. Niby wygrał wybory na przewodniczącego, ale Wojciech Olejniczak zaraz odbił stołek szefa klubu, a wszyscy dookoła powtarzali, że Napieralski to taki Olejniczak bis, tyle że z ładnym hasłem reklamowym (Drugi Zapatero!). Co w takim przypadku mógł zrobić pan Grzegorz? W prawo się skręcić nie da, bo tam siedzi Platforma, a schować się pod stół po prostu nie wypada... w taki razie zostało obicie w lewo i wojna z Kościołem.

"Wojna z Kościołem". Tak dokładnie ostatnie pomysły programowe SLD nazwał biskup Tadeusz Pieronek. W jego opinii lewica jak nic planuje wrócić do czasów komuny i odrzeć ludzi z wszelkiej godności.


Komunista? Muzułmanin? Na pewno nie katolik!


Osobiście daleko mi do lewicy i raczej nie wyobrażam sobie głosowania na jakąkolwiek partię socjaldemokratyczną. Co więcej mam 100% świadomość, że dyskusje na tematy światopoglądowe SLD wyciągnęło na stół tylko po to, żeby zrobić wokół siebie nieco szumu i podskoczyć o kilka punktów w sondażach. To nie zmienia jednak faktu, że większość postulatów lewicy to, niezależnie od intencji, apele o rozsądne, a zarazem potrzebne, czy wręcz konieczne w nowoczesnym społeczeństwie zmiany, a nie żadna wojna.


Krzyże w miejscach publicznych
Niby szczegół, ale podobno istnieje rozdział Kościoła od państwa. Jeśli zakładamy, że każdy człowiek ma prawo do swoich poglądów i wolności sumienia, to dlaczego państwo epatuje na każdym kroku symbolami jednej, dominującej religii? Oczywiście, zdecydowana większość Polaków to katolicy, ale przecież oprócz nich istnieją różne mniejszości - prawosławni, Żydzi, protestanci, ateiści. W sytuacji gdy na sali sejmowej wisi wyłącznie katolicki krzyż, jest to w moim odczuciu jasna dyskryminacja "wszystkich którzy myślą inaczej". Zresztą, słuchałem ostatnio kilku wywiadów z których jasno wynika, że dla prawicy i przedstawicieli Kościoła Polak to wciąż wyłącznie Polak-katolik. Chociażby parę dni temu w programie religijnym na antenie TOK FM wypowiadał się ksiądz, którego zdaniem ludzie dokonujący apostazji powinni jednocześnie... zrzekać się obywatelstwa. Jeśli znudziło im się bycie katolikiem, to dlaczego nie Polakiem?

Tymczasem osobiście jak najbardziej czuję się Polakiem, mimo że otwarcie przyznaję, że jestem niewierzący. Powieszone obok Orła Białego krzyże w sejmie, na poczcie, w szkole, w urzędzie skarbowym czy w banku utwierdzają mnie w przekonaniu, że jednak nie traktuje się mnie na równi z innymi.

Religia w szkole
Wyobraźcie sobie, że przeprowadzacie się na Bliski Wschód. Zgodnie z prawem posyłacie swoje dziecko do przedszkola, później do zerówki. Teraz wyobraźcie sobie, że istnieje tam analogiczne prawo jak w Polsce. W wieku 7, może 8 lat wasze dziecko przyjdzie do was i powie, że chce a byście chodzili z nim do meczetu, bo inaczej trafi do piekła. Poza tym uświadomi wam, że sami będziecie się smażyć przez wieki, jeśli nie zaczniecie odmawiać modłów do Allaha 5 razy dziennie, jeść wyłącznie prawą ręką, podcierać się lewą i sikać na siedząco. Możecie też wyobrazić sobie coś innego. Np. że żyjecie w skrajnie laickim kraju, a wasze dziecko chodzi na lekcję "nie-religii". Po paru latach zacznie was przekonywać, że jesteście idiotami, naiwniakami, zabobonnymi głupeczkami. Bo w końcu tego go nauczą w szkole.

Po co te przykłady? Bo z perspektywy ateisty tak dokładnie wygląda sytuacja w Polsce. Posyła swoje dziecko do szkoły i nie ma żadnego wpływu na to co będzie mu ładowane do głowy. Ksiądz zadba natomiast, żeby synek czy córeczka wiedzieli, że ich rodzice zgniją w piekle, że Maryja była niepokalaną dziewicą i że sami zostaną skazani na wieczną pożogę, jeśli nie będą co tydzień biegać do Kościoła. W wieku 7-8 lat dziecko nie potrafi przeciwstawić się tego typu manipulacji. Rodzice natomiast nie mają żadnego wyjścia, bo lekcji etyki w 99% szkół nie ma.

Dlaczego w ponoć neutralnym wyznaniowo państwie na świadectwach lądują oceny z "wiary" a nie religioznawstwa neutralnie i z szacunkiem przedstawiającego różne aspekty różnych religii? Czy to postulat wojny czy normalności?

Konkordat
Mamy w Polsce kilkaset związków wyznaniowych, ale tylko jeden, Kościół Katolicki, zawarł z rządem specjalną umowę dającą mu dodatkowe przywileje. Czy jest "wojną" apelowanie o to, żeby wszystkie religie traktować tak samo, dawać im te same prawa, przywileje i wolności?

Finansowanie
Większość księży dostaje pieniądze za naukę w szkole, do tego dochodzą setki złotych za pogrzeby, chrzty, śluby itd. Mimo to wszyscy księża płacą niższe, zryczałtowane podatki, a ZUS za zakonników opłaca państwo, w rekompensacie za grunty odebrane w II wojnie światowej. Moja rodzina też straciła po wojnie ziemię. Dlaczego więc ja muszę płacić podatki? Dlaczego płacą je popi, imamowie, rabini itd.? Czy postulowanie równego traktowania to "wojna"? Czy Kościół mający miliony wiernych nie powinien utrzymywać się z ich datków, a nie z kasy państwa (vide: np. budowa Świątyni Opatrzności)?

Geje i lesbijki
Jeśli będą chcieć to będą żyć razem, czy to się komuś podoba czy nie. Nikt też nie oczekuje, że Kościół Katolicki nagle zacznie im dawać śluby. Czy jednak prawo zezwalające na wspólne rozliczanie podatków i preferencje spadkowe jest "wojną"? Czy może raczej, właśnie tym postulowanym przez Kościół równym traktowaniem, okazywaniem ludzkiej godności?

Można by tak wymieniać dalej, jeszcze przez kilka stron. Mówiąc już możliwie krótko: moim zdaniem to wszystko są postulaty NORMALNOŚCI. Szkoda tylko, że wyciąga je partia polityczna na siłę pokazująca, że ma pazury. Bo tu wcale nie chodzi o radykalizm, a przyjęta przez SLD metoda tylko pogarsza ich wizerunek w moich oczach. Niestety chyba jeszcze sporo wody musi w Wiśle upłynąć, zanim cokolwiek się zmieni. Może za 20 lat powyższymi tematami zaczną zajmować się poważne organizacje społeczne, a nie postkomuniści "dumni ze swej przeszłości". I kto wie, może wtedy będę mógł pójść na pocztę bez uczucia, że w Polsce tylko jeden światopogląd jest dozwolony.

Czytaj dalej!